sobota, 31 stycznia 2009

dzien 16 (30/01)





Po kolejnej calonocnej podrozy, ok godz 6rano dotarlismy do Surat Thani.
To nie koniec, trzeba jeszcze czekac na prom i to 3h. Okazalo sie jednak ze wcale nie czekalismy na prom tylko na kolejny autobus ktory zabierze nas na prom. 45minut jazdy a potem godzine czekania jeszcze na promie. tragedia, padamy z nog

Jest piekna pogoda, lazurowa woda, a w oddali widac wynurzajace sie delfiny :) Cala droge (1.5h) siedzielismy na dworzu w strasznym sloncu. Myslelismy sobie ze to tylko 1.5h wiec jakos przezyjemy bez kremow. Po przybiciu do brzegu takxi zawozi nas na plaze Lamai. Szukamy noclegu.
Wchodzimy do pierwszego a tam ceny jak w Mariott. Renatka wiec zostaje na plazy z plecakami a ja ide w swiat szukac noclegu :)
Po kolejnej godzinie wracam z jakimis opcjami. Bierzemy plecaki i maszerujemy do naszej noclegowni w 30 stopniowym upale.
Pokoj, to tylko 4 sciany, lozko i wiatrak. Ale na plaze mamy doslownie 15sekund z buta :):)
Rozbijamy sie i idziemy plywac. OOOO RANNNNYYYYY JJAAAAKKKAA CIIEEEPPPPLLAAA WOODDDDAAAA :):):):):)
Kapiemy sie krotko bo nie chcemy siedziec na sloncu. Po podrozy promem piosenka czerwony jak cegla jest wlasnie o nas. Jestesmy w ciapki jak nigdy. Nogi od kostek do kolan (tylko z przodu), twarze a zwlaszcza czola no i rece do wysokosci rekawkow koszulki sa czerwone jak krewetki. Powoli zaczynamy stekac z bolu.

Po kolacji idziemy na miasto i kupujemy zel z aloesu na nasze popazenia. Od razu na miescie sie smarujemy. Potem wieczorny spacer i dowiadujemy sie o kursach nurkowania. Sa drogie wiec zobaczymy.

Ogolnie nasza plaza Lamai nie zachwyca. Woda nie jest tak lazurowa jak myslelismy. Jutro idziemy na inna plaze, zobaczymy jak bedzie.

Podjelismy tez decyzje ze zostaniemy tu 2 noce a potem jedziemy na wyspe Ko Tao.

dzien 15 (29/01)



podroz minela dosc przyjemnie. Na poczatku troche stresu bo sie spoznil autobus, a to byl ostatni i nikogo na dworcu prawie nie bylo, ciemna noc, wiec sie powoli denerwowalismy. No ale dotarl.

Jechalismy 2 klasa ale mozna powiedziec ze awansowalismy do klasy VIP Plus. Bylo bardzo malo osob wiec zajelismy z Renatka po 4 miejsca i sie rozwalilismy :)

Ok 5.30 rano dotarlismy do Bangkoku. ciemno, dworzec identyczny jak nasz stadion, jakies budki, kupa ludzi, syf i strach za rogiem. Od razu zaatakowala nas mafia taksowkarzy. Jak juz sie przedarlismy to szybkim krokiem do informacji. Tam powiedzieli ze do stacji kolejowej autobus 49 ale skad odjezdza to juz nie wyjasnili.
Probowalismy wiec pytac taksowkarzy ale oni byli tylko zainteresowani zabraniem nas i nic nie mowili. Jeden nawet jak sie dowiedzial to specjalnie powiedzial nam zly kierunek i sie smial.
W koncu pewna mila pani zaprowadzila nas na przystanek i pokazala autobus. Dzieki Bogu bo nasze bagaze waza chyba ze 100kg jak je sie 15 min niesie :):):)

W taki sposob dotarlismy na pociag. W kasie dowiedzielismy sie ze bilety sa wyprzedane wiec zamiast pociagiem jedziemy znowu autobusem, z pobliskiego lokalnego biura podrozy.
Autobus do Ko Samui odjezdza o 19 wiec caly dzien musielismy szlajac sie po Bangkoku.
Zostawilismy wiec bagaze w przechowalni i sami poszlismy do dzielnicy centrow handlowych. Tam klimatyzacja, toaleta, jedzenie - wszystko czego potrzeba na przetrzymanie. Przy okazji rozejrzelismy sie co jest w sklepach :):)

Teraz tylko 11h w autobusie, potem prom i jestesmy na miejscu. Piece of cake :):)

dzien 14 (28/01)



Podczas nocnej rozmowy definitywnie zdecydowalismy ze stad jak najszybciej wyjezdzamy. RAno wiec pakowanie, bagaze zostawiamy w recepcji i idziemy zwiedzac.

W National Geographic mowili ze te ruiny sa bardziej imponujace od Ajutaja. My uwazamy inaczej i jestesmy troche rozczarowani. mamy jednak caly dzien bo autobus jest o 23, wiec powoli sobie spacerujemy. Po ruinach wracamy cos zjesc.
Jeszcze tak kiepskich sajgonek nie jedlismy. NIC NAM TU NIE PASUJE!!!

Idziemy na kolejny spacer, kupujemy jakies tutejsze wypieki i owoce (pamelo i ananas). Pod wieczor jedziemy do Nowego miasta bo stamtad mamy autobus. Wskakujemy na pake stopa i po 15min jestesmy na miejscu.

O matko ten dworzec jest w szczerym polu, ale doslownie, nic tu nie ma. Zostawiamy bagaze u kasjerow w budce i tuk tukiem spadamy do miasta.
tam sie szwedamy i wcinamy owoce. A tak apropo, jedliscie kiedys ananasa trzymajac za kisc lisci i gryzac jak jablko - niezla zabawa- Podczas posilku pogryzly mnie czerwone mrowki i to az 3 Alajjjjj a Renatke komary buuuu

Potem kolacja i tuk tukiem na dworzec.
Zagaduje nas tutaj para ktora wlasnie przyjechala. Chwile wymieniamy sie informacjami i odchodzimy, wszystko po angielsku. Potem okazuje sie ze to Polacy smiesznie ze nikt sie nie zorientowal

Mamy jeszcze 3.5h wiec siedzimy na dworcu. Ja pisze wypociny a Renatka zabawia sie zabijajac komary :) Po scianach biega chyba z 1000 malych zoltych jaszczurek.

dzien 13 (27/01)




8 rano pobudka. Idziemy na dworzec ale najpierw do pobliskiej ksiegarni. Kupujemy uzywanego lonley planet i tuktukiem jedziemy na dworzec.
O 9.45 podchodze do kas a tam pani mowi ze do Suthothai to szybko, ja pytam za ile odjezdza a ona mowi ze o 9.45 czyli juz. To ja na to ze sie nie wyrobimy bo zona robi zakupy sniadaniowe a ona ze jak tak to w takim razie autobus odjedzie 10.15 :)

Po 5h jazdy wysiadamy zamiast w Nowym Suthothai to w Starym. Bardzo blisko glownej atrakcji, ale za to straszna wiocha. Tylko 2 guest housy. Brak konkurencji podbija ceny nieziemsko. Nie mamy wyjscia i bierzemy na 1 noc. Generalnie obsluga fatalna, nie przyjemna i wszystko robia z lacha. Nie polecamy. Zostaniemy tu jak najkrocej.

idziemy cos zjesc. Wchodzimy do resteuracji, menu po angielsku spoko, ale kelnerka ani slowa, prosimy o ryz a ona miny robi bo nic nie kuma. W koncu jemy co przyniosa
Renatki dobre moje straszne. Ogolnie bardzo nam sie tutaj nie podoba.

Jutro zwiedzamy ruiny i stad uciekamy.

Przed snem kombinujemy jak dojechac do Surat Thani. Juz wiemy ze nie bedzie to latwe.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

dzien 12 (26/01)



Dzisiaj bedzie co pisac................. Sluchajcie.........

8 rano pobudka. Szybkie sniadanie i idziemy na dworzec autobusowy. Zmierzamy do miejscowosci Chom Thong oddalonej 70km. Na dworcu pytam w informacji skad odjezdza autobus, a babka szybko wyskakuje z budki i zatrzymuje odjezdzajacy. Mowi ze to ten. Wsiadamy. Po 15min zatrzymujemy sie na kolejnym przystanku i nagle jakby na haslo kazdy zaczyna jesc. Kierowca wylacza autobus i bierze ryz, wychodzi kupuje jakies mieso, kontrolerka biletow wyjmuje cos swojego, jakas babka wychodzi i kupuje, dziadek obok wyjmuje kielbase ryzowa. W sekunde autobus wypelnia sie zapachem tysiaca potraw. Po kolejnych 20min ruszamy dalej. Za 2.5h jestesmy na miejscu (a w info mowili ze jedzie 1.5h).

Wysiadamy...... I co????? Gdzie isc????? Nic nie widac.
Wyjmujemy mape Tajlandii, niezbyt dokladna skala ale obrac kierunek mozna - Park Narodowy Doi Inthanon. Ruszamy.

Po chwili zatrzymuja nas lokalni kierowcy i proponuja podwozke. Nie dochodzimy do porozumienia ale podczas targowania poznajemy kolumbijczyka. Facet siedzi i czeka na ludzi. Jedzie w tym samym kierunku co my, ale samemu taksi byla dla niego za droga. przylacza sie wiec do nas i we trojke idziemy z buta.
Okazuje sie ze gosc tu mieszka, zona jest z Nowej Zelandii uczy angielskiego a on hiszpanskiego. Przez ostatnie 9 lat mieszkali w Turcji.

Dochodzimy do skretu na park, a stad juz tylko jakies 30km. do celu czyli wodospadu Wachiratan. Lapiemy wiec stopa. Wsiadamy na pake odkrytego Pick upa i z wiatrem we wlosach jedziemy do celu.

Wysiadka przy wejsciu do parku. Wstep 200B/osoba. Tutaj rozstajemy sie z nowym kolega.
Zatrzymujemy kolejnego stopa i uzgadniamy czy nas zabierze. Zgadza sie wiec kupujemy bilety i wskakujemy na pake (od wejsca do parku do wodospadu jeszcze 20km)
Znowu na pace. Tym razem z Tajami. Sa bardzo fajni. Przy wodospadzie robia sobie z nami zdjecie grupowe a potem kazdy z osobna, w sumie z 10 zdjec.

Wodospad piekny, olbrzymi, spada z ponad 50m. Super. Podchodzimy blizej i drobny deszczyk wody ze strumienia chlodzi nasze twarze. Co za przyjemnosc.

jedziemy na kolejny wodospad. Ci sami Tajowie sami proponuja nam podwozke. Jedziemy jednak w innym kierunku. Uzgadniamy wiec ze wyskoczymy po drodze. Przy czym trudno to nazwac uzgodnieniem. Oni ni w zab po angielsku a my po tajsku. Gadamy wiec smiesznie i na migi. Zdanie : wyskoczymy po drodze wyjasnilem tak:
Wskoczylem na pake, podbieglem do kabiny i lekko walnalem w dach i mowie:
I (uderzam), you STOP!!! OK!!! -Wszytko jasne :)

Czestuja nas woda, alkoholem i owocami. Nie chcemy byc niemili i bierzemy po mandarynce. Ruszamy.

Potem kolejny stop. Tym razem gosc z zona nie chca nas na pake tylko do srodka. Gadamy, a on mowi ze nie wyobraza sobie jak mozemy zyc gdy jest -10 stopni, my mowimy ze nie wyobrazamy sobie jak jest +45.

Wysiadamy i idziemy na kolejny wodospad. Tym razem nie drozka ale po skalkach w gore rzeki. Po drodze robimy przerwe na moczenie nog. Siadamy w cieniu i odpoczywamy. Po 30min wstajemy, odchodzimy i nagle miedzy kamieniami widze jakis rulonik, podnosze i co ........ 600B!!! - smiejemy sie, dzisiejsza wycieczka bedzie za darmo. to sie nazywa tanio podrozowac

Drugi wodospad tez piekny. Siedzimy i delektujemy sie pieknym widokiem.
Ok 17 wracamy do domu. Znowu bierzemy stopa, na pake i do miasta. Z tamtad autobus do Chiang Mai, kolacja i internet.

Jutro jedziemy dalej na poludnie do Sukhothai.

dzien 11 (25/01)



Idziemy zwiedzac miasto. Kilka swiatyn, ale naprawde nie robia na nas wrazenia. Wszystkie wygladaja bardzo podobnie, ten sam styl i te same zdobienia. Nuda.
Idziemy troche odpoczac w cieniu do miejskiego parku, a potem na przystanek autobusowy do informacji, bo wymyslilismy sobie ze moze bysmy pojechali do pobliskiego parku Narodowego. Jest tam podobno piekny wodospad i mnostwo ptakow.
Okazuje sie ze autobus jest ale nie do Parku ale do pobliskiej miejscowosci, potem bedziemy cos kombinowac. Jutro wiec park.

Przedluzamy pobyt o jeden dzien i wracamy na miasto cos zjesc. Tym razem, dla odmiany, jemy uwaga, PIZZE !!!!!!!!!! :)

Jest niedziela wiec organizuja tu olbrzymi bazar. Jest naprawde duzy. Robimy wiec male zakupy i wracamy do domu.

dzien 10 (24/01)


Pobudka o 9 rano. Szybkie pakowanie i wybieramy sie na autobus. Troche nerwow podczas pakowania, bo to okazalo sie ze cos zgubilismy, a to poprostu denerwuje nas ze musimy ciagle wszystko wyciagac z plecaka. Po drodze zakupy sniadaniowe. O 11:15 ruszamy do Chaing Mai. Na miejscu nie mozemy dojsc do porozumienia z przewoznikami (poprostu za duzo chca) i idziemy z buta. Po 15 minutach lapiemy busa i wsiadamy po dobrej cenie.
W centrum szukamy noclegu. Tutaj Guest Housow jest jak mrowkow :):) Jeden obok drugiego.

W koncu znajdujemy. Nowy, elegancki, czysty, najlepszy jaki do tej pory mielismy i to po super cenie. BIERZEMY.
Teraz troche zwiedzania ale nic szczegolnego.
Jutro bierzemy sie za to powaznie.

piątek, 23 stycznia 2009

dzien 9






ten dzien to dzis.
Pobudka o 6 rano zeby obejrzec wschod slonca. Nasz przewodnik ma dom na szczycie gory wiec jest piekny widok na dzungle i roztaczajace sie wkolo pola ryzowe. Po sniadaniu idziemy w las. Znowu bierze nas do jakis ekstremalnych wiosek bez pradu na odludziu. Fajnie ze mozemy to zobaczyc. Jak z filmow wioski wietnamskie.

Nie chodzimy szlakami tylko aby przejsc. Przez chaszcze, krzaki, przepasci itd. Gosc wycina czasami jakas drozke swoja meczeta zeby nam ulatwic przejscie bo ja ze statywem przy plecaku zachaczam o kazda galazc jak musze sie schylic :):)

W koncu schodzimy w dol, tak stromo ze az jestesmy wkurzeni.

Kolejna wioska a potem jeszcze jedna. Znowu lunch ale nie jestesmy glodni wiec gotuje tylko sobie. Idziemy dalej.

Jeszcze jedna wioska. Rozdajemy tutejszym dzieciakom lizaki, sa bardzo niesmiale ale w koncu podchodza i biora. Ciesza sie a my z nimi.

O 17 docieramy znowu do hostelu, zlani potem i wykonczeni bo goraco jak pieron.

Jutro wracamy do Chaing Mai zeby pozwiedziac to miasto. Zobaczymy co bedzie. :)

dzien 8






8 rano pobudka. Przyjezdza po nas przewodnik. Maly niski Taj ze smieszna rzadkim zarostem na czubku brody. Od razu nawiazujemy przyjazny kontakt.
Jedziemy do przystani skad dluga lodka (tak ja zwa long boat) bedziemy plynac do obozu sloni. Na miejscu przejazdzka na sloniu.
Ruszamy dalej, tym raze jedziemy na tutejszy festiwal sportu, bo syn przewodnika gra w druzynie. Po drodze ogladamy sobie pola ryzowe.
Na festiwalu duuuuuzzzzoooo ludzi. Sami Tajowie. Nie ma ani jednego bialego. Jestesmy jedynymi. Witaja nas bardzo serdecznie, czestuja owocami, robia miejsce zeby usiasc naprawde fajna atmosfera. Nasz przewodnik przynosi nam lunch, ale bierzemy tylko kilka gryzow i mowimy ze nie jestesmy glodni, boimy sie ze robili ze swojej wody.

Jedziemy na maly wodospad a z tamtad juz pieszo przez dzungle do wioski ludu Akhu, potem, Lahu i Karan. Widzimy jak ludzie zyja w wioskach. Nie jest to w ogole komercyjne miejsce. Jestesmy tylko my i przewodnik. Nasz zabiera nas w miejsca gdze inni nie biora, jest bardzo fajny, zadajemy kupe pytan a on na wszystkie odpowiada. Razem z zona prowadza taki malutki biznes. Mowi ze tylko czasami biora ludzi.
Wieczorem dochodzimy do jego domu. Tutaj jego zona przygotowuje nam kolacje. Bedziemy tez u nich spac. Dom z bambusa, dach z trzciny. Przez dziury w dachu naszego pokoju mozna zobaczyc gwiazdy :) Smieje sie ze to hotel z 1000 gwiazdek.
Na kolacji poznajemy jeszcze jednego goscia ktory tu spi, z Holandii, farmer. Fajny starszy facet. Wszyscy dziwimy sie jak oni moga tu zyc, bez kanalizacji, bez wody, bez pradu. Gotuje sie na ognisku a swiatlo to swieczki.

po kolacji rozmawiamy przy herbacie wszyscy razem. Min. o jedzieniu. Przewodnik mowi ze je wszystko, robaki, psy, male ptaszki z gniazd, weze mrowki i mowi to tak jak by to bylo zupelnie normalne. Podobno robaki sa dobre do piwa :):)
Razem z zona opowiadaja historie jak mrowki zniosly jakies jaja u nich w ogrodzie a oni je ugotowali i zjedli. Podobno takie jaja sa bardzo drogie i dobre - bleeeee

Potem opowiada nam lokalne legendy o cesarzu .....

Wykonczeni idziemy spac

dzien 7




pobudka i w koncu sami robimy sobie kawe i zupke. Po kryjomu bo nie mozna, ale w pokoju jest wtyczka wiec to wykorzystujemy.

Po sniadaniu idziemy zwiedzac Chiang Rai. W tym miasteczku jest bardzo malo turystow. Nie jest tak komercyjnie. Tajowie sa duzo milsi i co drugi sie przyjaznie usmiecha i wita. Zwiedzamy pare swiatyn i idziemy szukac wycieczki w dzungle.

W koncu po kilku wizytach w biurach znajudjemy jeden co chce 1800b. Zaraz potem kolejne za 1500b.

Potem siedzimy sobie przed swiatynia i odpoczywamy, jedzac owoce ktore kupilismy na pobliskim bazarze. Kiedy wracamy do hostelu zamawiamy kolacje i chwile po tym ja odwolujemy bo przypominamy sobie ze tak naprawde nie zabookowalismy tej wycieczki. Z wywalonym jezykiem lecimy wiec do biura. Najpierw do tego drozszego zeby sie targowac (jakos bardziej zachecali), ale nie chca sposcic z ceny wiec bierzemy w tym drugim. NIe bez problemow bo juz lokalny gang biur wydzwania do babki czemy tak tanio sie zgodzila. Ale mowimy jej ze jak podniesie cene to nie idziemy. Ubijamy wiec interes na warunkach wczeniej ustalonych i zadowoleni wracamy na kolacje.
Jutro dzungla :):)!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

dzien 6

Ciagle w pociagu. O 11:30 docieramy na miejsce. 20 minut spaceru z bagarzami na plecach i jestesmy na dworcu autobusowym. Od razu mamy autobus do Chiang Rai. Po 3h jestesmy na miejscu.

W oczy rzuca sie brak guesthousow. Chodzimy z 0,5 godziny zanim jakiegos znajdujemy. NIe pasuje nam wiec idziemy dalej. W koncu jestesmy w Chat guesthouse. Pokoj bardzo skromy, tylko sciany i lozko, masa komarow. Pierwszy raz rozkladamy nasza moskitiere, dobrze ze sie przydala. Za to patio i knajpka przy noclegu super, swietna atmosfera.

Idziemy szukac informacji o treckingu po dzungli. Chca 100Euro za 2 osoby, paranoja, tutaj to masa pieniedzy. Nie zgadzamy sie i jutro idziemy szukac na wlasna reke. Zagadujemy jakis gosci z dredami (zawsze uwazalem ze sa spoko) ale ci akurat jacys nieprzyjemni wiec sie zmywamy. Jutro sami poszukamy.

dzien 5




O 10 trzeba zwolnic pokoj. Zostawiamy bagaze w recepcji i idziemy na miasto splynac rzeka. Oczywiscie proponuja nam tour za 1000 ale bierzemy prom komunikacji miejskiej i za 13 splywamy w dol rzeki. Wysiadamy gdzies przy jakims bazarze. Nie ma zadnych turystow, wyraznie widzac ze to jest miejsce dla tubylcow. Przechodzimy caly bazar, ludzie sie usmiechaja, robimy kilka zdjec, po czym pod koniec podchodzi do nas Taj i mowi ze to niebezpieczna okolica. Jako ze cala juz przeszlismy wsiadamy na prom i wracamy do centrum. Mamy jeszcze 4h wiec siadamy sobie i odpoczywamy. Obydwoje stwierdzamy ze to 1 dzien za dlugo w bangkoku. Tu jest taki smog ze nie da sie normalnie oddychac. Warszawa to przy Bangkoku - Galapagos. O 19:45 rusza pociag do Chiang Mai, 700km w 14h i to ekspres. To jak jedzie nie ekspres :)

pociag bardzo wygodny, lozka duze a obsluga jak w Sobieskim:)

środa, 21 stycznia 2009

Dzien 4






6.20 pobudka. Szybkie sniadanie i w droge na wycieczke. Odbiera nas facet i kilku innych gosci. Wyjasnia co bedziemy zwiedzac. Zamowilismy wycieczke tylko na market (byla najtansza i na tym nam zalezalo). Okazuje sie ze bedzie market + cobra show + most na rzece Kwai + tiger temple. Wycieczka calodniowa z lunchem. Koszt tej opcji byl 700 baht. Jako ze nie mieli nikogo chetnego na ta co my to dolaczyli nas do lepszej. Nie zly fuks :).

Market okazuje sie bardzo fajny. Nie darowalibysmy sobie gdybysmy go nie widzieli. REWELACJA. Oczywiscie dodatkowa oplata za lodke.
POtem jedziemy na most. Jest fajny ale to bardziej pomnik niz cud architektury :)
Tiger temple - mozna dotknac i poglaskac tygrysa. Bedzie co wspominac.

O 20.00 powrot. Musimy zaplacic za ekstra noc w hostelu. Zagaduje czy bedzie jakas znizka bo to juz kolejna noc. Nic z tego ale pani daje nam darmowa rolke papieru toaletowego w promocji oczywiscie :)

Dzien 3





10 pobudka. Sniadanie w guesthouse. Bierzemy tuk tuk na stacie kolejowa a z tamtad jedziemy do pobliskiego miasteczka Ajutthaja. Na miejscu zagadujemy pare z Australii i razem bierzemy tuk tuka. Zabytki są bardzo fajne i robią na nas duże wrażenie.

Wieczorem powrot do Bangkoku i pierwsza kolacja w ulicznej garkuchni. Zarcie znacznie lepsze niz wczoraj. Meczy nas juz to ciagle targowanie a to dobiero 2 dzien. Ale idzie nam to w miare dobrze.

Kupujemy w lokalnym biurze wycieczke na plywajacy market. Jutro rano wyjazd.

Kupilismy juz bilety do Chaing Mai, niestety nie bylo na dzisiaj wieczor wiec jedziemy jutro.

Dzien 2






10 pobodka. W supermarkecie kupujemy jakies pieczywo na sniadanie. Idziemy zwiedzac.

Wielki palac jest super, poprostu bajka, przepiekny. Przerasta nasze oczekiwania. Potem wielki budda ponad 50m posag lezacego buddy. Swietny.

Bierzemy tuk tuka, maly motorek z paka ktora bierze 2 osoby. Za 50 bath bierze nas na druga strone miasta zeby zwiedzic kolejna swiatynie i wielkiego stojacego budde - 32m. Swiatynia piekna posag taki sobie. Ale warto zobaczyc.

Powrot do hotelu. Zamiana pokoju, jest ciepla woda. Bierzemy prysznic i spac.

Dzien 1

Po dlugim ale dosc wygodnym locie ladujemy w Bangkoku. Lotnisko duze, bardzo nowoczesna architektura. Uderza w nas cieple powietrze. W drodze na pobliski przystenek autobusowy zdajemy sobie sprawe ze nasze bagaze sa o wiele za ciezkie. Trzeba bedzie cos wyrzucic :). W informacji powiedzieli nam ze autobus 556 zabierze nas do centrum. Czekamy 40min i busu nie ma. Ide sie dowiedziec za ile bedzie, uprzejma pani mowi Just sit and wait.!! Wiec siedzimy. Za kolejne 40min znowu ide pytac, tym razem gosc mowi ze za 1min. Kolejne 40min i pyta sie Renatka ale teraz juz szczerze mowia ze nie wiedza. Gdybysmy wiedzieli ze tyle bedziemy czekac pojechalibysmy drozszym transportem ale byli bysmy juz na miejscu. W koncu po 2.5h przyjezdza autobus. Podczas wysiatki poznajemyh pare Hiszpanow. Polecaja nam swoj guesthouse. Idziemy z nimi. Przed recepcja siedza Polacy, zagadujemy i oni tez polecacja, mowia ze juz dugi raz tu nocuja. Bierzemy wiec pokoj, niestety dwojek juz nie ma, na jedna noc bierzemy trojke a potem zamieniamy sie za tych polakow bo juz wyjezdzaja. W pokoju miala byc ciepla woda ale okazuje sie ze to tylko mit. Nie dziala. Szukamy gniazdka tez nie ma!!. Jak sie chce cos naladowac to 10bath - smiejemy sie!!!!

Idziemy jesc. Khao San jest bardzo zatloczone, ciezko sie tam nawet chodzi. Wchodzimy do knajpy i zamawiamy kolacje. Obydwoje bierzemy makaron, w koncu to Tajlandia. Najperw Renatki danie, okazuje sie ze przynosza ryz, wymieniamy, zachwile moje i tez ryz, tym razem jednak kelnerka prosi zeby nie wymieniac bo juz jedno oddalismy. Biore wiec ryz.
Pierwszy posilek taki sobie.

Na ulicy juz widzielismy ze mozna zjesc wszyskto, od makaronu, po sajgonki a nawet robaki i karaluchy!!!! - i wszystko za smieszna cene.