pobudka i w koncu sami robimy sobie kawe i zupke. Po kryjomu bo nie mozna, ale w pokoju jest wtyczka wiec to wykorzystujemy.
Po sniadaniu idziemy zwiedzac Chiang Rai. W tym miasteczku jest bardzo malo turystow. Nie jest tak komercyjnie. Tajowie sa duzo milsi i co drugi sie przyjaznie usmiecha i wita. Zwiedzamy pare swiatyn i idziemy szukac wycieczki w dzungle.
W koncu po kilku wizytach w biurach znajudjemy jeden co chce 1800b. Zaraz potem kolejne za 1500b.
Potem siedzimy sobie przed swiatynia i odpoczywamy, jedzac owoce ktore kupilismy na pobliskim bazarze. Kiedy wracamy do hostelu zamawiamy kolacje i chwile po tym ja odwolujemy bo przypominamy sobie ze tak naprawde nie zabookowalismy tej wycieczki. Z wywalonym jezykiem lecimy wiec do biura. Najpierw do tego drozszego zeby sie targowac (jakos bardziej zachecali), ale nie chca sposcic z ceny wiec bierzemy w tym drugim. NIe bez problemow bo juz lokalny gang biur wydzwania do babki czemy tak tanio sie zgodzila. Ale mowimy jej ze jak podniesie cene to nie idziemy. Ubijamy wiec interes na warunkach wczeniej ustalonych i zadowoleni wracamy na kolacje.
Jutro dzungla :):)!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz