poniedziałek, 26 stycznia 2009

dzien 12 (26/01)



Dzisiaj bedzie co pisac................. Sluchajcie.........

8 rano pobudka. Szybkie sniadanie i idziemy na dworzec autobusowy. Zmierzamy do miejscowosci Chom Thong oddalonej 70km. Na dworcu pytam w informacji skad odjezdza autobus, a babka szybko wyskakuje z budki i zatrzymuje odjezdzajacy. Mowi ze to ten. Wsiadamy. Po 15min zatrzymujemy sie na kolejnym przystanku i nagle jakby na haslo kazdy zaczyna jesc. Kierowca wylacza autobus i bierze ryz, wychodzi kupuje jakies mieso, kontrolerka biletow wyjmuje cos swojego, jakas babka wychodzi i kupuje, dziadek obok wyjmuje kielbase ryzowa. W sekunde autobus wypelnia sie zapachem tysiaca potraw. Po kolejnych 20min ruszamy dalej. Za 2.5h jestesmy na miejscu (a w info mowili ze jedzie 1.5h).

Wysiadamy...... I co????? Gdzie isc????? Nic nie widac.
Wyjmujemy mape Tajlandii, niezbyt dokladna skala ale obrac kierunek mozna - Park Narodowy Doi Inthanon. Ruszamy.

Po chwili zatrzymuja nas lokalni kierowcy i proponuja podwozke. Nie dochodzimy do porozumienia ale podczas targowania poznajemy kolumbijczyka. Facet siedzi i czeka na ludzi. Jedzie w tym samym kierunku co my, ale samemu taksi byla dla niego za droga. przylacza sie wiec do nas i we trojke idziemy z buta.
Okazuje sie ze gosc tu mieszka, zona jest z Nowej Zelandii uczy angielskiego a on hiszpanskiego. Przez ostatnie 9 lat mieszkali w Turcji.

Dochodzimy do skretu na park, a stad juz tylko jakies 30km. do celu czyli wodospadu Wachiratan. Lapiemy wiec stopa. Wsiadamy na pake odkrytego Pick upa i z wiatrem we wlosach jedziemy do celu.

Wysiadka przy wejsciu do parku. Wstep 200B/osoba. Tutaj rozstajemy sie z nowym kolega.
Zatrzymujemy kolejnego stopa i uzgadniamy czy nas zabierze. Zgadza sie wiec kupujemy bilety i wskakujemy na pake (od wejsca do parku do wodospadu jeszcze 20km)
Znowu na pace. Tym razem z Tajami. Sa bardzo fajni. Przy wodospadzie robia sobie z nami zdjecie grupowe a potem kazdy z osobna, w sumie z 10 zdjec.

Wodospad piekny, olbrzymi, spada z ponad 50m. Super. Podchodzimy blizej i drobny deszczyk wody ze strumienia chlodzi nasze twarze. Co za przyjemnosc.

jedziemy na kolejny wodospad. Ci sami Tajowie sami proponuja nam podwozke. Jedziemy jednak w innym kierunku. Uzgadniamy wiec ze wyskoczymy po drodze. Przy czym trudno to nazwac uzgodnieniem. Oni ni w zab po angielsku a my po tajsku. Gadamy wiec smiesznie i na migi. Zdanie : wyskoczymy po drodze wyjasnilem tak:
Wskoczylem na pake, podbieglem do kabiny i lekko walnalem w dach i mowie:
I (uderzam), you STOP!!! OK!!! -Wszytko jasne :)

Czestuja nas woda, alkoholem i owocami. Nie chcemy byc niemili i bierzemy po mandarynce. Ruszamy.

Potem kolejny stop. Tym razem gosc z zona nie chca nas na pake tylko do srodka. Gadamy, a on mowi ze nie wyobraza sobie jak mozemy zyc gdy jest -10 stopni, my mowimy ze nie wyobrazamy sobie jak jest +45.

Wysiadamy i idziemy na kolejny wodospad. Tym razem nie drozka ale po skalkach w gore rzeki. Po drodze robimy przerwe na moczenie nog. Siadamy w cieniu i odpoczywamy. Po 30min wstajemy, odchodzimy i nagle miedzy kamieniami widze jakis rulonik, podnosze i co ........ 600B!!! - smiejemy sie, dzisiejsza wycieczka bedzie za darmo. to sie nazywa tanio podrozowac

Drugi wodospad tez piekny. Siedzimy i delektujemy sie pieknym widokiem.
Ok 17 wracamy do domu. Znowu bierzemy stopa, na pake i do miasta. Z tamtad autobus do Chiang Mai, kolacja i internet.

Jutro jedziemy dalej na poludnie do Sukhothai.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz