Na poczatku krotkie wyjasnienie. Nie pisalismy przez ostatnich kilka dni gdyz na wyspie nie bylo internetu. Teraz wiec nadrabiamy.
Ok 12:00 ma nas odebrac taksowka i zawiezc na prom na wyspe Ko Jun. Do poludnia wiec szwedamy sie po miescie. Odbiera nas jakis gosc, wsiadamy na pake jego pickupa i jedziemy do portu. Okazuje sie ze to nie jest zwyczajny komercyjny port tylko lokalny. Plynie stad zaopatrzenie na nasza wyspe. Molo to kilka desek na drewnianych palach poukladanych tak ze trzeba uwazac zeby ci noga nie wpadla. Cala konstrukcja buja sie z kazdym krokiem. Szybko wiec wsiadamy do lodzi, z nami masa zakupow i kilku tubylcow.
Na miejscu odbiera nas kolejna taksowka. Stary motor podobny do MZ-ty z dobudowanym obok koszykiem. Nie ma tu asfaltu. Droga to ubita czerwona ziemia, wiec w czasie jazdy kurzy sie az trudno oddychac. Mamy wrazenie ze jestesmy w Afryce :) Suche drzewa, czerwona ziemia jakies stepy ....
W koncu dojezdzamy na miejsce. Mamy tu zarezerwowany domek. Bardzo spoko ale dosc drogi. 3 noce wliczone sa w kurs a potem bedziemy czegos szukac. Idziemy do punktu z nurkowaniem. Tutaj dostajemy list od instruktora co mamy wkuc (zielona szkola :)) Instruktor wroci wieczorem bo teraz nurkuje. Zobaczymy sie z nim wiec rano.
Do konca dnia wiec wkuwamy teorie z przerwami na spacery i kolacje.
Tu jest bardzo malo turystow. W ogole prawie nieskomercjalizowana wyspa. Jest kilka bungalolow i domkow ale nie wiele. Wyspa nie jest popularna bo plaze nie sa tak piekne jak np. na phi phi.
Przed spaniem Renatke lapie cykor. Smieje sie ze jest chicken. Jutro pierwszy dzien kursu ...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz